Islam w Polsce

Izrael jest jak małe niedojrzałe dziecko

Izrael nie może zawsze liczyć na pomocną dłoń USA
Financial Times, 23.05.2006

Dochodząc do wieku 58 lat kraj – podobnie jak mężczyzna – powinien osiągnąć pewien stopień dojrzałości. Po niemal sześciu dekadach jego istnienia wiemy, na dobre czy na złe, kim jesteśmy i jak wyglądamy w oczach innych, ze swoimi brodawkami i innymi przeróżnymi brakami. I choć nadal żywimy wobec siebie pewne iluzje, wiemy, że są to przeważnie tylko złudzenia. Krótko mówiąc, jesteśmy już dorośli.

Jednak państwo Izrael, które właśnie ukończyło 58 lat, jest wciąż osobliwie niedojrzałe. Społeczne przemiany w kraju – oraz jego liczne osiągnięcia gospodarcze – nie przyniosły z sobą politycznej mądrości, jaka zwykle przychodzi z wiekiem. Gdy spojrzeć nań z zewnątrz, Izrael nadal zachowuje się jak małolat przekonany o swej wyjątkowości; pewny, że nikt go nie „rozumie”; łatwo się obraża i łatwo sam łatwo daje powody do obrazy. Podobnie jak wielu małoletnich, Izrael jest przekonany – i agresywnie daje temu wyraz – że może robić co mu się podoba; że jego działania nie pociągają za sobą żadnych konsekwencji; że jest nieśmiertelny.

Izraelscy czytelnicy powiedzą, że jest to tendencyjny pogląd outsidera. To, co z zewnątrz wygląda na kraj samolubny i krnąbrny, jest po prostu niepodległym małym państwem robiącym to, co robiło zawsze: broni swych interesów w niegościnnej części świata.

Dlaczego osaczony Izrael miałby choćby uznać zagraniczne głosy krytyki, a tym bardziej podjąć wynikające z niej działania? Ponieważ świat i jego nastawienie się zmieniły. Na tę właśnie zmianę – na ogół nie przyjmowaną do wiadomości w Izraelu – chcę teraz zwrócić uwagę. Przed 1967 rokiem Izrael może i był maleńki i osaczony, ale nie był ogólnie znienawidzony, z pewnością nie na Zachodzie. Większość podziwiających – Żydów i nie tylko – niewiele wiedziała o katastrofie, jaka dotknęła Palestyńczyków w 1948 roku. Woleli oni widzieć w państwie żydowskim najnowsze wcielenie dziewiętnastowiecznej idylli agrarnego socjalizmu – lub też wzorcowy przykład modernizacyjnej energii, „sprawiania, aby rozkwitała pustynia”.

Pamiętam jak wiosną 1967 roku atmosfera na uniwersytecie Cambridge była, tuż przed wojną sześciodniową, przytłaczająco proizraelska - jak niewiele uwagi zwracano zarówno na Palestyńczyków, jak i na zmowę Izraela z Francją i Wielka Brytanią podczas fatalnej awantury sueskiej w 1956 roku. Przez jakiś czas te nastroje się utrzymywały. Przeciwwagą propalestyńskiego entuzjazmu radykalnych ugrupowań po latach sześćdziesiątych był wzrost publicznego uznania znaczenia holocaustu. Nawet rozpoczęcie budowy nielegalnych osiedli oraz inwazja na Liban nie spowodowały przesunięcia w międzynarodowej opinii publicznej.

Jednak dziś wszystko się zmieniło. Patrząc wstecz widzimy, że zwycięstwo Izraela w 1967 roku i okupacja podbitych wówczas terytoriów stały się dla państwa żydowskiego jego własną nakbą: katastrofą moralną i polityczną. Działania Izraela na Zachodnim Brzegu i w Gazie postawiły przywary Izraela pod lupą obserwującego świata. Rutyna okupacji i represji była kiedyś znana tylko poinformowanej większości; dziś terminale komputerów i talerze satelitarne umożliwiają światu codzienny wgląd w postępowanie Izraela. Rezultatem jest całkowita zmiana międzynarodowej opinii o Izraelu.

Międzynarodowym skrótowym symbolem Izraela, pojawiającym się w karykaturach politycznych, jest czołg z gwiazdą Dawida. Dziś w powszechnym odczuciu, symboliczną prześladowaną mniejszością są nie Żydzi, lecz Palestyńczycy. Ta zmiana na niewiele przydaje się sprawie palestyńskiej, lecz na zawsze zredefiniowała Izrael. Długo kultywowana mania prześladowcza Izraela nie budzi już sympatii. Wypowiadanie się kategoriami ofiar w stylu macho wydaje się obecnie wielu postronnym czymś dziwacznym: zbiorową dysfunkcją postrzegania. W oczach świata Izrael jest normalnym państwem, lecz zachowującym się w nienormalny sposób. A co do zarzutu, że krytyka Izraela jest w domyśle antysemicka - istnieje tu niebezpieczeństwo samospełniającej się tezy: nierozważne postępowanie Izraela i jego uporczywe utożsamianie wszelkiej krytyki z antysemityzmem jest obecnie głównym źródłem antysemickich nastrojów w Europie Zachodniej i dużej części Azji.

Jeśli przywódcy Izraela mogli ignorować tego rodzaju rozwój wydarzeń, to działo się tak dlatego, że liczyli na niekwestionowane poparcie USA – kraju, gdzie twierdzenie, że antysyjonizm jest równoznaczny z antysemityzmem wciąż znajduje oddźwięk wśród polityków głównego nurtu i w mediach. Ta wiara w bezwarunkową aprobatę USA może okazać się zgubna, bowiem coś się zmienia w Ameryce. Izrael i USA robią wrażenie coraz mocniej splecionych w symbiotycznym uścisku sprawiającym, że działania każdej ze stron zwiększają ich niepopularność zagranicą. Ale podczas gdy Izrael nie ma innego wyboru niż zwracać się do Ameryki, USA są wielkim mocarstwem – a wielkie mocarstwa mają interesy, które z czasem mogą wykraczać poza lokalne obsesje nawet najbliższych im państw-klientów. Wydaje mi się znamienne, że esej „The Israel Lobby” Johna Mearsheimera i Stephena Walta, opublikowany w marcowym numerze London Review of Books, wywołał tak wiele dyskusji. Prawdą jest, jak mówią sami autorzy, że nie mogliby oni zamieścić swej krytyki wpływu „izraelskiego lobby”’ na politykę zagraniczną USA w znaczącym piśmie wydawanym w Ameryce. Ale sedno tkwi w tym, że dziesięć lat temu prawdopodobnie nie mogliby tego opublikować wcale. I choć późniejsza debata raczej podniosła temperaturę niż cokolwiek wyjaśniła, miała wielkie znaczenie.

Istotnie, zgubna inwazja na Irak i jej następstwa zapoczątkowały olbrzymią przemianę w amerykańskiej debacie na temat polityki zagranicznej. Dla wybitnych myślicieli pełnego zakresu politycznego spektrum – od dawniejszych neokonserwatywnych interwencjonistów, jak Francis Fukuyama, do twardych realistów, takich jak Mearsheimer – staje się jasne, że w ostatnich latach nastąpiła katastrofalna utrata międzynarodowych wpływów USA oraz degradacja ich wizerunku. Aby to naprawić, na przyszłość pozostaje wiele do zrobienia, przede wszystkim w stosunkach Waszyngtonu z regionami świata o żywotnym znaczeniu ekonomicznym i strategicznym. Jednak nie może się to udać dopóki polityka zagraniczna USA będzie powiązana pępowiną z potrzebami i interesami jednego małego bliskowschodniego kraju o niewielkim znaczeniu dla długofalowych zainteresowań Ameryki – kraju będącego, mówiąc słowami eseju Marsheimera/Walta, strategicznym obciążeniem. Esej ten jest więc wskazówką kierunku w jakim zmierza w USA debata na temat szczególnych związków z Izraelem. Wywołał on oczywiście zaciekłą debatę – i tak jak spodziewali się autorzy, zostali oni oskarżeni o antysemityzm. Uderzające jest jednak, jak niewielu ludzi traktuje ten zarzut poważnie, jak łatwo można było go przewidzieć. Jest to niedobre dla Żydów, bowiem oznacza, że prawdziwy antysemityzm może także przestać być traktowany poważnie. Ale jest gorsze dla Izraela.

Z jednej perspektywy przyszłość Izraela rysuje się w ciemnych barwach. Nie po raz pierwszy państwo żydowskie znajduje się na zagrożonym obrzeżu imperium należącym do kogoś innego; pozostaje ono rozmyślnie ślepe na niebezpieczeństwo, że jego samowolne ekscesy mogą w końcu doprowadzić swego imperialnego mentora poza granicę irytacji, nie zwraca także uwagi, że nie pozyskało sobie innych przyjaciół. Jednak współczesny Izrael wciąż ma alternatywę. Właśnie dlatego, że kraj ten otacza tak powszechna nieufność, zmiana polityki godna prawdziwego męża stanu (likwidacja dużych osiedli, podjęcie bezwarunkowych rokowań z Palestyńczykami itp.) mogłaby przynieść nieproporcjonalnie korzystne skutki.

Tego rodzaju radykalna zmiana strategii pociągnęłaby za sobą trudne przewartościowanie każdej iluzji, pod jaką uwił sobie gniazdo kraj i jego polityczna elita. Izrael musiałby uznać, że nie ma już szczególnego prawa do międzynarodowej sympatii czy pobłażania, że USA nie zawsze będą tam obecne, że kolonie są zawsze skazane na zagładę jeśli nie jest się gotowym na wysiedlenie lub eksterminację tubylczej ludności.

Inne kraje i ich przywódcy to zrozumieli. Charles de Gaulle dostrzegł, że francuskie osadnictwo w Algierii jest fatalne dla jego kraju i wykazując wielką polityczną odwagę wycofał się. Ale gdy de Gaulle uświadomił to sobie, był już dojrzałym, blisko siedemdziesięcioletnim mężem stanu. Izrael nie może sobie pozwolić na tak długie czekanie. Nadszedł czas, aby dorosnąć.

Autor: Tony Judt jest dyrektorem Remarque Institute na New York University
© The Financial Times Limited 2006

Wyślij znajomym

Dodaj swoją opinię (musisz być zalogowany)
Opinie (0)