Islam w Polsce

Naukowy bojkot Izraela

gazeta.pl
Rozmawiał Paweł Szczerkowski

Od jakiś siedmiu, ośmiu lat mamy już do czynienia nie ze zwykłym krytykowaniem Izraela i popieraniem Palestyńczyków, co sam wielokrotnie robię, ale z odrodzeniem w Europie czystego antysemityzmu - mówi brytyjski uczony Fred Halliday*

Pod koniec maja brytyjski związek pracowników naukowych wprowadził bojkot Izraela. Uchwała wzywa do zrywania kontaktów z izraelskimi uczelniami za “politykę dyskryminowania Palestyńczyków przez Izrael”. Po fali krytyki kilka dni temu bojkot odwołano, nie była to jednak pierwsza taka próba podjęta przez brytyjskie środowisko akademickie.

Paweł Szczerkowski: Dlaczego brytyjscy naukowcy chcą dyskryminować swoich izraelskich kolegów?

Fred Halliday: Pomysłodawcą bojkotu jest prof. biologii Stephen Rose, który o jego przeprowadzenie zabiegał od czterech lat. Rose jest Żydem, co nie przeszkadza mu uważać, że Izrael trzeba bojkotować. Jednak jego poglądy nie reprezentują opinii większości naszych środowisk akademickich. To głównie trockistowska i laburzystowska lewica, choć na tyle głośna i zdeterminowana, by narzucić większości swoje zdanie. To, że bojkot udało się ostatecznie obalić, dowodzi, że większość profesorów myśli inaczej.

Sam pomysł został zaczerpnięty z kampanii przeciwko Republice Południowej Afryki prowadzonej w Wielkiej Brytanii w latach 70. i 80. Polegała ona na zrywaniu kontaktów gospodarczych, sportowych, kulturalnych, a także współpracy akademickiej. To był sprzeciw wobec apartheidu.

Skąd pomysł, by podobnie potraktować oba kraje?

- Niedawno w “Guardianie” ukazał się bardzo głośny artykuł porównujący dzisiejszy Izrael do RPA z czasów apartheidu, gdzie jako przykłady podawane były blokady drogowe, tworzenie osad etnicznych. To coraz bardziej popularny pogląd i ludzie rozumują, że skoro Izrael jest tak jak RPA państwem rasistowskim, który dyskryminuje dużą część społeczeństwa, to powinniśmy go tak samo potraktować. Ale to oczywiście tylko pretekst, kamuflaż dla rzeczywistych przyczyn bojkotu.

W przypadku RPA wielu ludzi, także i ja, uważało, że jest to państwo rasistowskie, które trzeba rozmontować i w jego miejsce stworzyć zupełnie nowe. Apartheid sam w sobie nie miał legitymacji, ponieważ dyskryminował większość ludności.

W przypadku Izraela zaś nie mam najmniejszych wątpliwości, że to państwo ma legitymację, ma prawo do istnienia. Dlatego jestem przeciwko wszelkim uchwałom, które w pośredni, zakamuflowany i nieuczciwy sposób próbują podważać prawo Izraela do istnienia. Bo o to tak naprawdę chodzi. Przeprowadzenie bojkotu analogicznego do tego przeciw RPA to sposób na zakwestionowanie - choć bez mówienia wprost - legitymacji państwa izraelskiego.

Oczywiście, niektóre praktyki dyskryminujące Arabów w Izraelu mogą przypominać te z RPA czasów apartheidu, każdy to widzi. Ale też w Polsce jest wiele podobnych rzeczy jak w Chinach czy Urugwaju, a nikt nie uważa, że to takie same państwa.

Bojkot to bardzo sprytny chwyt, by skłonić ludzi do wsparcia nie - jak pozornie się wydaje - krytyki polityki Izraela wobec Palestyńczyków, ale krytyki samego istnienia Izraela.

Razem z wnioskiem o bojkot Izraela związek nauczycieli akademickich przyjął uchwałę wzywającą do uznania Hamasu, organizacji, która teraz rządzi w Autonomii Palestyńskiej, a w przeszłości dokonywała zamachów w Izraelu, w których ginęli cywile.

- To dowodzi, że mamy do czynienia z dużo poważniejszym zjawiskiem. Do połowy lat 60. większość ludzi wspierała Izrael, zwłaszcza lewicowcy. Jednak po wojnie 1967 r. sympatia stopniowo przeniosła się na Palestyńczyków, jako tych, którym odmawia się prawa do własnego państwa.

Ten argument jest oczywiście częściowo prawdziwy. Ale od jakichś siedmiu, ośmiu lat mamy już do czynienia nie ze zwykłym krytykowaniem Izraela i popieraniem Palestyńczyków, co sam wielokrotnie robię, ale z odrodzeniem w Europie czystego antysemityzmu. Tylko Izrael jest obwiniany o niepowodzenie procesu pokojowego z Oslo, co jest nieprawdą, i tylko Izraelowi wytyka się łamanie praw człowieka i zasad wojny. Jestem profesorem prawa międzynarodowego i w jego świetle Palestyńczycy popełniają nie mniejsze zbrodnie.

Wraz z potępianiem polityki izraelskiej nie mówi się o zamachach samobójczych, nie mówi się, że palestyńskie organizacje ubierają małe dzieci w mundury i dają im karabin do ręki. Bojkot uniwersytecki jest kolejnym przejawem takiego jednostronnego podejścia.

Rozpowszechnienie się tego podejścia zupełnie mnie zaskoczyło, choć studiuję problematykę bliskowschodnią i jeżdżę do tego regionu od 30 lat. Obecna krytyka Izraela wymknęła się spod jakiejkolwiek intelektualnej i moralnej kontroli. Opiera się na dokładnie tych samych antyżydowskich uprzedzeniach, z którymi mieliśmy do czynienia w przeszłości. Znów w wielu krajach słyszę, że to Żydzi kontrolują banki albo że wszystkie gazety są żydowskie.

Częściowo odpowiada za to pojawienie się dużych społeczności muzułmańskich w Europie, które - co ciekawe - posługują się nie własnymi, islamskimi uprzedzeniami wobec Żydów, ale wykorzystują stary, odwieczny antysemityzm europejski. Robią to, mimo że same coraz częściej padają ofiarą islamofobii.

Jak z takimi bojkotami walczyć?

- Rząd nic nie może zrobić, dopóki nie ma wyraźnych treści rasistowskich. W takiej sytuacji obowiązkiem władz uniwersytetów jest powiedzieć wyraźnie, że są przeciwko bojkotowi i chcą rozwijać stosunki z Izraelem. Natomiast obowiązkiem zwykłych profesorów, takich jak ja, jest zwyczajnie ignorować bojkot. Powiedzieć: do diabła z tym, to nie nasza rola. Naszą rolą jest prowadzenie dialogu, otwieranie drzwi dla wszystkich. I tak właśnie zrobiliśmy. Ja demonstracyjnie zapraszam do siebie izraelskich naukowców i studentów, nie tylko gdy pojawia się taki bojkot, ale też gdy np. izraelscy naukowcy są pomijani przy zaproszeniach na konferencje międzynarodowe, co niestety zdarza się coraz częściej. Zresztą zaprosiłbym każdego, nawet fundamentalistów islamskich.

W najbliższym czasie ponownie wybieram się do Izraela. Byłem w każdym kraju na Bliskim Wschodzie, w większości prowadziłem wykłady - w bagdadzkim kolegium polityki i prawa za czasów Saddama Husajna, na uniwersytetach w porewolucyjnym Iranie, Libii Kaddafiego, Afganistanie i wahabbickiej Arabii Saudyjskiej. Byłbym okropnym hipokrytą, gdybym nie pojechał do Izraela.

* Fred Halliday - profesor stosunków międzynarodowych w The London School of Economics

Wyślij znajomym

Dodaj swoją opinię (musisz być zalogowany)
Opinie (0)