Zamurowani Palestyńczycy
za onet.pl
Stéphanie Le Bars
Nauczyciel biologii nawołuje do spokoju, starając się opanować podekscytowany tłum swoich podopiecznych, wylewający się z budynku szkoły. Bez rezultatu. Chłopcy szturmują wyjście i rzucają kamieniami w stronę wojskowego dżipa armii izraelskiej. Żołnierze celują z broni, ale po chwili wsiadają do samochodu, który rusza z piskiem opon.
Tego ranka nie będzie granatów z gazem łzawiącym. Pomni poprzednich doświadczeń uczniowie nie omieszkali jednak zaopatrzyć się w cebule. Podobno wąchanie jej pomaga zmniejszyć podrażnienia wywoływane przez gaz.
Codziennie od półtora miesiąca to samo napięcie ogarnia w czasie przerw uczniów liceum w Anacie, na przedłużeniu arabskiej części Jerozolimy. Powód? 1 października na środku szkolnego boiska do siatkówki wyrósł 8-metrowy mur. Od tamtej chwili życie szkoły toczy się na powierzchni 400 metrów kwadratowych. To niewiele na rozładowanie energii nastolatków.
fot. AP
Ale w polityce bezpieczeństwa narodowego państwo Izrael pozostaje nieugięte. W Anata, jak wszędzie na pograniczu wschodniej strefy Świętego Miasta, Izraelczycy budują coś, co nazywają „kopertą wokół Jerozolimy”.
W ciągu ostatnich dziesięcioleci Izrael zmieniał granice Wielkiej Jerozolimy, której część wschodnia została wcielona do miasta w 1967 roku. Zgodnie z tym podziałem Anata zamieszkana przez 17 tysięcy ludzi, głównie zatrudnionych we wschodniej Jerozolimie Palestyńczyków, należy do Zachodniego Brzegu Jordanu. Pomimo związków rodzinnych, administracyjnych, religijnych i handlowych, które w sposób naturalny łączą tę miejscowość z arabskimi dzielnicami Jerozolimy, ziemie te są dzisiaj odcięte od Świętego Miasta.
Pech chciał, że liceum prowadzone przez Jusefa Elajana znajduje się na granicy metropolii. „Wymogi bezpieczeństwa wcale nie uzasadniają zbudowania muru akurat w tym miejscu” – mówi dyrektor.
Kilka kilometrów na południe mur już od trzech lat utrudnia życie mieszkańcom Abu Dis. Oddziela jednych Palestyńczyków od innych Palestyńczyków, rodziców od ich dzieci, pracowników od miejsc pracy, studentów od uniwersytetów. Kłopoty ma także prowadzony przez zakonnice dom starców. „Większości z naszych osiemnastu pensjonariuszy pochodzących z Zachodniego Brzegu Jordanu nikt już nie odwiedza – ubolewa jedna z pracujących tu zakonnic. – Ich dzieci nie dostają przepustki na przejście na drugą stronę muru. Kiedyś była u nas kobieta, którą poddawano dializie na terenie Zachodniego Brzegu. W pewnym momencie przejazdy stały się zbyt skomplikowane, nie mogliśmy dłużej jej u nas trzymać. Inna z naszych pensjonariuszek miała dom tuż przy murze i codziennie do niego chodziła. Teraz takie wycieczki są już niemożliwe”.
Szefowie domu starców są zmęczeni trudnościami. Trzy miesiące temu zdecydowali, że nie będą już przyjmować pensjonariuszy z Zachodniego Brzegu. Zakonnice mają poczucie winy, bo ich misją jest opieka nad najbiedniejszymi z tych właśnie terenów. Wybudowanie muru to stworzenie między Palestyńczykami okrutnej hierarchii.
Pracownicy mieszkający na Zachodnim Brzegu Jordanu jeszcze nie zrezygnowali. Ale pomyślność ich porannych przepraw do pracy jest uzależniona od dobrej lub złej woli żołnierzy. By uniknąć codziennych kłopotów, jedna z kobiet zdecydowała się zamieszkać na stałe w ośrodku, a do domu jeździ tylko raz w miesiącu. Niezależnie od tego, czy pracownicy ośrodka mają przepustkę, czy nie, muszą nieraz całymi godzinami wyczekiwać na pozwolenie na przejście na drugą stronę. Albo są zmuszeni znaleźć inną drogę sforsowania blokady. Jest to możliwe, gdyż w murze w Abu Dis jest jeszcze kilka szczelin. (...)
Palestyńczykom mur stworzył prawdziwe piekło na ziemi, nie spełniając jednocześnie swojego zadania. Izrael nie jest bowiem wcale odizolowany od terenów okupowanych. (...)
Mieszkańcy Jerozolimy pochodzenia arabskiego ze wschodniej części miasta korzystają z izraelskiego ubezpieczenia socjalnego i swobody przemieszczania się, której zakazuje się ich rodakom i rodzinom mieszkającym na Zachodnim Brzegu. Dlatego wielu z nich mimo niedogodności woli mieszkać właśnie tutaj. Tak jak Nazih, ojciec szóstki dzieci, tłoczący się razem ze rodzicami na 60 metrach kwadratowych we wschodniej Jerozolimie. Jego dom rodzinny w Anacie stoi pusty. „Gdyby Izraelczycy udowodnili mi, że mieszkam na Zachodnim Brzegu, zabraliby moją jerozolimską kartę pobytu i zostałbym zamknięty po tamtej stronie” – wyjaśnia Nazeeh. (...)
Dla wsi na Zachodnim Brzegu Jordanu budowa muru również nie jest bez znaczenia. Miliony hektarów ziemi uprawnej zniszczyły rowy i wykopy, zmieniając ją w olbrzymi plac budowy. W Biddo w dystrykcie Ramallah pięciu braci z rodu Ajak straciło bezpowrotnie 6 hektarów gaju oliwnego. Ich ziemia została wywłaszczona i przeznaczona pod budowę muru. Kilkadziesiąt metrów od ich rodzinnego domu stoi dwóch żołnierzy nadzorujących wykańczanie budowy. Ahmad, najstarszy z braci woli o tym nie myśleć. Pamięta, jak skończyły się demonstracje w Biddo przeciwko budowie muru w pierwszych miesiącach prac. Żołnierze zabili wtedy trzy osoby. Apel do sumień wykonawców poskutkował jedynie tym, że plac budowy przesunięto o kilometr od miejscowości, pozwalając tym samym ocalić kilkadziesiąt hektarów.
Dla Kalidfa, brata Ahmada, to zwycięstwo jest śmiechu warte. „Ten mur prowadzi nas w czasy średniowiecza. Na Zachodnim Brzegu nie sposób znaleźć pracy – skarży się młody mężczyzna, który przed intifadą sprzedawał drób na wielkim izraelskim targu w Jerozolimie. „Kiedy dzieci chorują, leczymy je naparami z ziół, bo leki są dla nas za drogie. Od 1948 roku jako uchodźcy mamy prawo do bezpłatnej opieki medycznej w jednym z jerozolimskich szpitali, ale teraz nie możemy tam dotrzeć. Musimy jeździć do Ramallah i płacić. Nikt nie rozumie tej masowej kary nałożonej przez Izrael”.
„Palestyna stała się cmentarzyskiem żywych” – twierdzi Walid, najmłodszy z braci. Zdesperowany żałuje, że nie zginął męczeńską śmiercią podczas zamieszek.
W regionie Kalkilija, na północ stąd, równie przygnębiony jest rolnik Ahmad Abdallah Aissa. Jeszcze niedawno wystarczało mu pięć minut, by z doliny, w której zbudował dom, mógł dotrzeć do swojego gaju oliwnego. Od kilku miesięcy jest tu droga chroniona siatką pod napięciem elektrycznym „ Potrzebuję dwóch godzin i oczywiście przepustki od Izraelczyków” – skarży się Aissa.
Jeszcze gorsze życie mają mieszkańcy pięciu osad wciśniętych między „zieloną linię” a mur. Objęci zakazem wjazdu na teren Izraela od początku intifady, nie mogą również swobodnie poruszać się na terenie Zachodniego Brzegu Jordanu. Od kilku miesięcy są zamknięci na powierzchni kilkudziesięciu metrów kwadratowych, których nie mogą opuścić, chyba że posiadają zezwolenie władz izraelskich. „Izraelczycy chcieli nas zmusić do opuszczenia tego miejsca – twierdzi Rafik Marabeh, jeden z członków Komitetu Walki z Murem dla rejonu Kalkilija. – W niektórych osadach przesiedlenie przeszło gładko: ponad połowa mieszkańców wyjechała. Ja też opuściłem Ras-at-Tira i przeniosłem się do Kalkilija, gdzie pracuję”. Jednak mieszkańcy tych wiosek nie poddają się. Wspierani przez Izraelskie Stowarzyszenie Obrony Praw Obywatelskich ACRI wnieśli skargę do Sądu Najwyższego, który 15 września nakazał wojsku zniszczenie kilkunastu kilometrów ogrodzenia i zaproponowanie innej trasy. „Z praktycznego punktu widzenia możemy mówić o zwycięstwie – przyznaje Marabeh. – Znowu będziemy mogli dotrzeć do naszych ziem. Jednak w kwestii politycznej to porażka, gdyż Sąd Najwyższy przyznał jednocześnie Izraelczykom prawo budowania muru na terytorium Palestyny w celu ochrony ich osiedli”.
W tej części Zachodniego Brzegu Jordanu mur wdzierający się kilometrami na okupowane tereny palestyńskie wychodzi naprzeciw potrzebom osadników. Odzwierciedla politykę skrytykowaną ostatnio w raporcie izraelskiej organizacji praw człowieka B’Tselem. Jego budowa jednak postępuje. Biblijny krajobraz Zachodniego Brzegu Jordanu zostanie zrujnowany bezpowrotnie.
Wyślij znajomym